Shark ChillPill – mały gadżet, który zmienia sposób, w jaki radzimy sobie z upałem. Nasza recenzja

Sprawdziliśmy Shark ChillPill – kompaktowy system chłodzenia 3w1, który łączy mocny wentylator, ultradelikatną mgiełkę i błyskawicznie chłodzącą płytkę InstaChill. Po kilku dniach testów mogę jednak powiedzieć jedno – to zdecydowanie coś więcej niż przenośny wentylator.
Aleksandra Załęska
Wczoraj 10:27
Udostępnij
Shark ChillPill – mały gadżet, który zmienia sposób, w jaki radzimy sobie z upałem. Nasza recenzja

Pierwsze wrażenie - wielkość smartfona, możliwości znacznie większe

Kiedy wyjęłam urządzenie z pudełka, pierwszą myślą było: to naprawdę jest takie małe? ChillPill bez problemu mieści się w dłoni, waży około 350 gramów i wygląda bardziej jak designerski gadżet niż wentylator. Spokojnie wrzuciłam go do plecaka, a później do niewielkiej torby treningowej. Nie zajmuje wiele miejsca, więc bez problemu można zabrać je na spacer, rower, siłownię czy wyjazd. 

Od razu zwraca uwagę jakość wykonania. Nic nie trzeszczy, nic się nie ugina. Obudowa sprawia wrażenie solidnej, a wymiana końcówek jest intuicyjna. Miłym zaskoczeniem okazało się także pokrętło sterujące – działa płynnie i z przyjemnym oporem, co daje poczucie obcowania ze sprzętem klasy premium.

Dodatkowo zaskakuje długość czasu pracy. Producent deklaruje nawet do 11 godzin pracy przy najniższym poziomie nawiewu, a urządzenie ładuje się przez USB-C. Oczywiście przy maksymalnej mocy czas działania jest krótszy, jednak nawet wtedy trudno narzekać na wydajność akumulatora.

To nie jest zwykły wentylator

Na rynku nie brakuje kieszonkowych wentylatorów USB, dlatego zastanawiałam się, czym Shark chce się wyróżnić.

Odpowiedź przyszła już po kilku minutach użytkowania.

ChillPill łączy trzy różne sposoby chłodzenia:

  • mocny wentylator z 10-stopniową regulacją,
  • ultradrobniutką mgiełkę wodną,
  • chłodzącą płytkę InstaChill.

I właśnie to połączenie robi największą różnicę.

Podczas spokojnego spaceru wystarcza delikatny nawiew. W czasie większego upału można uruchomić mgiełkę, a po intensywnym treningu sięgnąć po płytkę chłodzącą (ulubiona końcówka mojego syna, który chętnie zabierał urządzenie na treningi w upalne dni). Dzięki temu urządzenie nie jest jednofunkcyjnym gadżetem, ale czymś, co naprawdę można dopasować do sytuacji.

Początkowo najbardziej obawiałam się właśnie funkcji chłodzenia mgiełką. Bałam się mokrej twarzy i kropli spływających po ubraniu.  Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.

Mgiełka jest niezwykle delikatna. Bardziej przypomina chłodną chmurkę niż rozpylacz wody. Odparowuje niemal natychmiast, pozostawiając przyjemne uczucie świeżości, ale bez uczucia wilgoci.

InstaChill robi efekt „wow”

Największym zaskoczeniem okazała się jednak płytka InstaChill. To rozwiązanie działa zupełnie inaczej niż klasyczny nawiew. Wystarczy przyłożyć metalową powierzchnię do szyi, nadgarstka albo skroni i niemal natychmiast czuć wyraźny chłód.

Najbardziej doceniłam tę funkcję po treningu oraz podczas spaceru w pełnym słońcu. Organizm jest już mocno rozgrzany, a przyłożenie płytki do miejsc, gdzie przebiegają większe naczynia krwionośne, naprawdę przynosi szybką ulgę.

To właśnie wtedy zrozumiałam, że Shark nie stworzył po prostu kolejnego wentylatora.

Gdzie sprawdził się najlepiej?

Przed testami myślałam, że będzie to sprzęt głównie dla osób biegających. Okazało się, że zastosowań jest znacznie więcej.

Zabrałam go na spacer, używałam po treningu, podczas jazdy pociągiem i pracy w pomieszczeniu bez klimatyzacji. Bez problemu wyobrażam sobie również korzystanie z niego na plaży, podczas zwiedzania miasta, koncertów plenerowych, festiwali czy wielogodzinnego kibicowania na stadionie.

Co ciekawe, ChillPill zdał egzamin nie tylko u mnie. Przed wyjazdem spakowałam go również synowi na letni obóz piłkarski. Treningi odbywały się w pełnym słońcu, a temperatury przekraczały 30 stopni. Po pierwszych dniach zadzwonił i powiedział, że to jedna z najbardziej przydatnych rzeczy, jakie zabrał ze sobą. W przerwach między treningami korzystał z nawiewu, a po intensywnych zajęciach przykładał chłodzącą płytkę InstaChill do szyi i nadgarstków. Jak sam stwierdził, w takich warunkach urządzenie było dla niego prawdziwym wybawieniem. To właśnie wtedy utwierdziłam się w przekonaniu, że nie jest to gadżet, który po jednym sezonie trafi na dno szuflady.

Dodatkowym plusem jest możliwość przewożenia urządzenia w bagażu podręcznym podczas podróży samolotem.

Czy ma jakieś minusy?

Tak, choć nie są one dla mnie szczególnie uciążliwe. Przy najwyższym poziomie nawiewu wentylator jest wyraźnie słyszalny. Nie przeszkadza to podczas spaceru czy aktywności na świeżym powietrzu, ale w bardzo cichym pomieszczeniu szum jest zauważalny.

Drugą kwestią jest cena. ChillPill nie należy do tanich urządzeń i dla wielu osób może wydawać się sporym wydatkiem. Pytanie brzmi jednak, czy porównujemy go do zwykłego wiatraczka za kilkadziesiąt złotych, czy do urządzenia oferującego trzy różne technologie chłodzenia.

Czy kupiłabym go ponownie?

Jeszcze trzy tygodnie temu odpowiedziałabym: raczej nie. Dzisiaj wiem, że podczas letnich upałów sięgałam po niego kilka razy dziennie. To chyba najlepsza rekomendacja.

Shark ChillPill nie zastąpi klimatyzacji i nie sprawi, że 35-stopniowy upał nagle stanie się przyjemny. Potrafi jednak błyskawicznie przynieść ulgę wtedy, kiedy organizm jest naprawdę przegrzany. A to w praktyce okazuje się znacznie cenniejsze, niż przypuszczałam.

 

Największe wrażenie robi nie sam wentylator, lecz połączenie trzech sposobów chłodzenia. Delikatna mgiełka skutecznie odświeża podczas wysiłku, a płytka InstaChill zapewnia błyskawiczną ulgę wtedy, gdy organizm jest naprawdę przegrzany. Do tego dochodzi kompaktowy rozmiar czy bardzo dobra jakość wykonania. Dzięki temu otrzymujemy gadżet, który rzeczywiście ma szansę stać się stałym elementem letniego wyposażenia osób aktywnych.

Ocena Fit.pl: 9/10

To jedna z najciekawszych premier sezonu dla osób, które latem nie rezygnują z aktywności. Shark ChillPill potrafi zapewnić coś równie cennego – natychmiastową ulgę wtedy, gdy słońce naprawdę daje się we znaki.