To perspektywa osoby, która obserwuje rozwój medycyny estetycznej od samych jej początków w Polsce. Dr n. med. Julita Zaczyńska-Janeczko zajmuje się tego typu zabiegami od czasów, gdy termin „medycyna estetyczna” praktycznie jeszcze nie funkcjonował. Zabiegi, które dziś są jej codziennością, należały wówczas do obszaru dermatologii estetycznej i wykonywane były głównie przez dermatologów.
– Mam czasem wrażenie, że medycyna estetyczna zaczęła podążać ścieżką bardzo podobną do branży modowej. To, co było popularne kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, wraca pod nową nazwą, w nowej oprawie i z nowym przekazem marketingowym. Często pacjent może odnieść wrażenie, że pojawia się coś zupełnie przełomowego, choć w rzeczywistości nierzadko mamy do czynienia z technologiami lub metodami znanymi od lat – mówi dr n. med. Julita Zaczyńska-Janeczko, dermatolog i lekarz medycyny estetycznej z Krakowa, założycielka Kliniki Janeczko.
Stare zabiegi w nowym opakowaniu
Zdaniem specjalistki jedną z największych pułapek współczesnego rynku estetycznego jest sposób komunikowania zabiegów. Coraz częściej zamiast mówić pacjentom wprost, na czym polega dana procedura, tworzy się wokół niej atrakcyjną marketingową narrację.
– Spotykamy się z sytuacjami, gdy znane od lat procedury otrzymują nowe nazwy, które mają sugerować ich przełomowość i wyjątkowość. Pacjent słyszy o „boosterach”, „bioremodelingu”, „efekcie glow” czy innych modnych określeniach i ma poczucie, że trafia na absolutną nowość. Tymczasem często są to rozwiązania, które funkcjonują w medycynie od dawna – tłumaczy specjalistka.
Podobne zjawisko można zaobserwować również poza gabinetami medycyny estetycznej. Dr Janeczko przypomina choćby popularne jakiś czas temu internetowe kampanie promujące „cudowne” mydła siarkowe czy salicylowe, przedstawiane jako odkrycie ostatnich lat.
– Tymczasem preparaty tego typu stosowane były już przez nasze mamy i babcie. Nie oznacza to oczywiście, że są złe. Problem pojawia się wtedy, kiedy coś dobrze znanego przedstawia się jako spektakularną nowość, a pacjent nie ma świadomości, że podobne rozwiązania funkcjonują już od wielu dekad – mówi lekarka.
Moda nie zawsze idzie w parze z medycyną
Specjalistka zwraca uwagę, że moda z definicji opiera się na zmienności. Co kilka sezonów wracają podobne fasony, kolory czy dodatki. W jej ocenie coraz więcej takich mechanizmów można dostrzec również w medycynie estetycznej.
– W modzie jest to naturalne. Co kilkanaście czy kilkadziesiąt lat wracają platformy, koturny czy fasony ubrań, które pamiętamy z poprzednich dekad. Problem polega na tym, że medycyna nie jest modą. Mówimy tu o zdrowiu, biologii człowieka i ingerowaniu w organizm. W tym przypadku nie powinniśmy kierować się sezonowymi trendami – podkreśla.
Pacjenci coraz częściej zgłaszają się do gabinetów nie dlatego, że chcą rozwiązać konkretny problem zdrowotny czy estetyczny, ale dlatego, że próbują odtworzyć wygląd osób obserwowanych w mediach społecznościowych.
Wszyscy chcą wyglądać tak samo
Zdaniem specjalistki jednym z najbardziej niepokojących zjawisk jest presja tworzenia jednego, obowiązującego wzorca atrakcyjności.
– Przez lata mówiliśmy o różnorodności, indywidualności i akceptacji własnego wyglądu. Tymczasem media społecznościowe coraz częściej promują jednorodny model urody. Raz modne są pełne usta, później bardzo szczupła sylwetka, następnie mocno podkreślone kości policzkowe czy określony kształt pośladków. Za chwilę trend się zmienia i pojawia się kolejny wzorzec – mówi dr Julita Zaczyńska-Janeczko.
W jej ocenie problem nie dotyczy wyłącznie celebrytów. Presja wyglądu dociera do zwykłych kobiet, które często nie dysponują dostępem do najlepszych specjalistów i próbują osiągać podobne efekty, korzystając z usług osób bez odpowiednich kwalifikacji.
– To właśnie wtedy pojawia się największe ryzyko. Pacjenci trafiają do przypadkowych miejsc, kierując się reklamą lub obietnicą szybkiego efektu. A przecież każda procedura medyczna wiąże się z określonym ryzykiem i powinna być poprzedzona oceną kompetentnego lekarza – podkreśla.
Internet pełen jest informacji. Nie wszystkie są prawdziwe
Zdaniem dermatolog współczesny pacjent powinien posiąść umiejętność, która jeszcze kilka lat temu nie była aż tak potrzebna – krytycznej oceny informacji.
– Internet pełen jest dziś treści dotyczących zdrowia, urody i medycyny estetycznej. Niestety wiele z nich nie ma żadnego oparcia w badaniach naukowych. Powstają po to, by przyciągnąć uwagę, wzbudzić emocje albo sprzedać konkretny produkt. Dlatego tak ważna jest umiejętność weryfikowania źródeł i sprawdzania, czy za daną informacją rzeczywiście stoją fakty – mówi.
Ekspertka podkreśla, że podobnie jak uczymy dzieci zasad bezpieczeństwa w sieci, tak samo powinniśmy uczyć je krytycznego podejścia do treści dotyczących zdrowia.
Moda na zdrowie byłaby znacznie lepszym trendem
Zapytana o to, jakie trendy chciałaby widzieć częściej w mediach społecznościowych, dr Julita Zaczyńska-Janeczko odpowiada bez wahania.
– Gdyby osoby mające ogromny wpływ na swoich odbiorców promowały regularne stosowanie filtrów przeciwsłonecznych, aktywność fizyczną, zdrowy sen czy profilaktykę zdrowotną, korzyści społeczne byłyby ogromne. To są rzeczy, które realnie wpływają na wygląd skóry i jakość życia. Znacznie bardziej niż kolejna chwilowa moda na konkretny zabieg czy określony kształt twarzy – podsumowuje.
Zdaniem ekspertki przyszłość medycyny estetycznej powinna opierać się przede wszystkim na bezpieczeństwie, wiedzy i indywidualnym podejściu do pacjenta. Bo zdrowie, w przeciwieństwie do mody, nie powinno podlegać sezonowym trendom.